MonthCzerwiec 2011

Private invastigations

Odbyłem dzisiaj wieczorem długą rozmowę z bardzo interesującym człowiekiem. Rozmowa była niezaplanowana i nieco przypadkowa ale poruszaliśmy bardzo ważne tematy. Miedzy innymi egocentryzm, egoizm, granice indywidualności i wolności w związku dwojga kochających się ludzi. Marcin ( imię zmienione) bardzo kocha swoją partnerkę i miłość ta trwa już bardzo długo. Od razu wyczułem, że jest to miłość dziwna i niespotykana bo właściwie bezwarunkowa. To chyba rzadkość w dzisiejszych czasach. Po dłuższej chwili zaczął mówić o sobie i to tak szczerze, że poczułem się zadziwiony. Opowiadał o swojej silnej osobowości, zastanawiając się kiedy jest egocentrykiem, a kiedy już egoistą. Zastanawiał się, czy rzeczywiście tak jest, czy tylko tak o sobie myśli bo już od dzieciństwa swoje potrzeby stawiał na drugim miejscu. Poważny menadżer w dużej firmie, jednocześnie bojący się ludzi, prostych czynności takich jak wizyta u mechanika, a najbardziej ze wszystkiego bojący się odrzucenia. Chyba jednak najbardziej odrzucenia przez swoją partnerkę. Marcin nagle zaczął się głośno zastanawiać czy rzeczywiście wszystko w jego związku jest tak jak ?powinno? być. W pewnym momencie, przy kuflu piwa,  sielankowy obraz jakby zaczynał wypełniać się żalem i złością. ?Ona właściwie jest takim pięknym, wolnym ptakiem i ja uwielbiam tą jej potrzebę wolności, czasami jednak ona mnie po prostu boli?. Hm, zainteresowałem się co może być bolesnego w takiej radosnej wolności dla faceta. Przecież nie chodzi to o żadne zdrady, ani coś poważnego, a Marcina jednak coś boli. Kiedy poprosiłem o przykłady, właściwie wszystkie dosyć błahe bo najważniejsze jest ok. i jest to wzajemna wielka miłość. Marcinowi jednak trudno zrozumieć dlaczego wolność partnerki zabiera jego wolność. ?Słuchaj, ja czasami siedzę i zastanawiam się z jakiem nowym pomysłem ona przyjdzie dzisiaj i postawi mnie przed faktem dokonanym. Pomysł może jest fajny, ale dlaczego nie zapytała, nie uzgodniła, dlaczego w ten sposób nie okazała mi szacunku?. Od razu zapytałem wyprzedzająco- a może krytykujesz jej pomysły nazbyt często?. Marcin zastanowił się chwilę i potwierdził. Po chwili jednak zastanowił się i zapytał mnie co ma zrobić kiedy część z nich po prostu mu się nie podoba i czy jego zdanie ma znaczenie. Samo pytanie było dla mnie już dziwne. Oczywiście chłopie, że się liczą i musicie szukać wspólnych mianowników odpowiedziałem. ?Ale wiesz co, ja nie wiem kiedy to jest wspólny mianownik bo ona mówi, że się mnie boi bo mam silną osobowość?. Trochę zgłupiałem i straciłem koncepcję doradzania. ?No bo wiesz Mirek, oko oka nie widzi i może rzeczywiście ja coś wymuszam i ona się mnie boi?? Odpowiedziałem od razu- to może jak Ty się stawiasz to ona się boi i stawia Cię przed faktem dokonanym? No dobra, ale to błędne koło- odpowiedział Marcin. ?Wiesz co, czasami to mam tak dość, że uciekłbym od niej ale kocham ją potwornie i ona mnie kocha?. Facet mówiący drugiemu takie rzeczy to rzadkość. Pomyślałam, taki fajny człowiek a znowu mieszka 300 km od Warszawy i kumpelstwo na odległość. ?Mirek, ja już jej kiedyś chciałem to uzmysłowić, że za mało się słuchamy, ale pomogło na krótko. Nie wiem, czy ona nie zdaje sobie sprawy, że nie szanując moich potrzeb, nie szanuje mnie?? Niestety jedyna odpowiedź jakiej mogłem udzielić to, że nie potrafię tego rozsądzić. Najczęściej rzeczywiście trudno jest rozsądzić emocje, jeśli to w ogóle możliwe. Każdy z nas patrzy własnymi oczyma, a te oczy siebie nie widzą, jak ładnie powiedział Marcin. Jak pogodzić potrzebę wolności własnej, żeby nie odbierać tej wolności drugiej osobie? Jak domagać się własnych praw, jednocześnie nie odbierając praw osobie kochanej? To potwornie trudne w każdym związku. Marcin kończył drugie piwo i zauważyłem, że robi mu się coraz smutniej. ?Nawet godzin nie możemy dopasować bo kiedy ja siedzę do późna bo wtedy najlepiej mi się pracuje, ona już śpi, a rano jest na odwrót. Ona mi mówi, że jestem sztywniak, ale chyba mi to wmówiła a teraz na wakacje wzięła dodatkowe zlecenia i nawet mnie nie zapytała o zdanie. Ja nic nie mogę zaplanować a mieliśmy tyle razem zrobić. Ona co prawda uważa, że wszystko się da, ale potem sama pada i ma pretensje głównie do mnie?. Marcin w końcu zaczął się śmiać, nawet rechotać, że przesadza bo przecież ?skoczyliby za sobą w ogień?. ?Jak to Miras powiedziałeś? Że oko oka nie zobaczy? No nie, to ty Marcin to powiedziałaś ale lepiej bym tego nie ujął. No właśnie oczy powoli zaczęły się zamykać same i zakończyło się bez wniosków. ?Czasami po prostu trzeba coś z siebie wyrzucić, nie?? Jasne Marcinie, pomyślimy o tym jutro, tak jak w ?Przeminęło z wiatrem?. Obydwaj zaczęliśmy się śmiać chociaż chyba nic w tym spiesznego nie ma ?

Beyonce 4/10

Na tę płytę czekałem prawie trzy lata. Albumem I’m Sasha Fierce artystka odkryła przed nami własne alter ego pokazując Beyonce- przestraszoną, małą dziewczynkę w wielkim świecie i Sashę- odważną, ekspresyjną, erotyczną kobietę, która wie czego chce. Album nie zawierał gorszych piosenek, nieomalże jakby było to the best off. Znakomicie odebrany przez krytyków i słuchaczy, umocnił pozycję Beyonce jako Divy piosenki. Nowy album przygotowywano z wielkim pietyzmem. Artystka wybrała na niego 12 spośród 72 kompozycji, jakie jej zaproponowano. Nad płytą pracowali miedzy innymi: Kanye West, Consequence, The-Dream, Babyface, Ryan Tedder, Switch, Jeff Bhasker, Diane Warren, Shea Taylor i Symbolyc One. Wszytko zapowiadało wielkie wydarzenie. Pierwszy singiel z płyty „Run the world” , choć nie poszalał na listach przebojów to zapowiadał znakomity techno-urban-R&B/HipHop album. Niestety „Run the world’ to najprawdopodobniej piosenka doklejona do płyty w ostatniej chwili.

Za płyty artystów, których szanuję zawsze płacę, ale kiedy znajomy powiedział mi, że mogę sobie posłuchać przed kupnem, nie oparłem się pokusie, wiedząc że i tak kupię płytę, jak wszystkie poprzednie. Dziś jestem już co najmniej po dziesięciu przesłuchaniach.

Płytę rozpoczyna ballada 1+1, utwór w soulowym klimacie lat osiemdziesiątych. Znakomicie zaśpiewana ballada o miłości,  niestety taka sama jak tysiące innych soulowych ballad. Dziwny wybór jak na początek płyty po którym pojawia się I Care, które można tekstowo nazwać wyznaniem męczennicy, kolejna ballada z wyraźnym rytmem bębnów, ale choć z popisami wokalnymi to po prostu nudna. Kolejnym utworem, jest I Miss You, które nareszcie zaznacza się fajnym klimatem, piękną melodią i znakomitym nastrojem. Co prawda trzy ballady pod rząd to spore ryzyko dla płty artystki, która zachwycała swoją termojądrową energią, ale czekam dalej.

Niestety pojawia się kolejna ballada Best Thing I Nevet Had do piet nie dorastająca numerom z poprzedniej płyty. Teksty cały czas przepełnione tęskną nutą miłosną klęczącej na kolanach przed swoim mężczyzną kobiety. Niestety kolejny numer Party jest już tragiczny. Nawiązujący do vintage czarnej muzyki lat siedemdziesiątych, nudny jak flaki z olejem z party zakrapianego cienkim amerykańskim piwkiem. Przeszło już pięć piosenek i zaczynam się martwić i coraz bardziej otwierać usta bo Rather Die Young to kolejny powrót do lat dziewięćdziesiątych bez absolutnie żadnych wstrząsów muzycznych.  Poprawnie, dobrze, wokalnie świetnie, ale jak na B na prawdę poniżej oczekiwań. Start Over zapowiada się całkiem nieźle bo początek nawiązuje do świetnych numerów z poprzednich płyt. Nie jest źle, ale tylko jak na poziom tego, co usłyszałem do tej pory. No i zaczyna się kolejny numerek Love on Top absolutne popłuczyny lat siedemdziesiątych. Zaznaczam to nie jest inspiracja, tylko popłuczyny. Kolejny Countdown to nareszcie ciekawy kawałek, coś się dzieje, utwór połamany, najzwyczajniej interesujący, choć powtarzający chwyty aranżacyjne z poprzednich płyt. Dziesiąty End Of Time także zaczyna się ciekawie, ale znakomite chórki nie zrekompensują bardzo przeciętnej kompozycji i braku dynamiki, która w tym utworze jest konieczna. Gdyby nie fenomenalna kompozycja Diane Warren I Was Here, wyłączyłbym płytę. Diane Warren nie pisze złych piosenek i tym razem napisała chyba jedyna piosenkę, która może konkurować z utworami z Sasha Fierce. Niestety płytę kończy, jak wspomniałem doklejony „Run the World’ pasujący do całości jak wielki kwiaciasty kapelusz do kożucha.

Przyznam, że Beyonce 4 to największe moje zdziwienie muzyczne od lat. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak się stało. Gdyby był to album z muzyką bardzo ambitną, niezrozumiałą dla mnie, nazbyt trudną to w porządku. Na płycie nie ma jednak nic oryginalnego, zastanawiającego, czy skłaniającego do refleksji. No może oprócz niekonsekwencji tekstowej. Artystka na końcu śpiewa, że światem żądzą Mather F…r  Dziewczyny a w pierwszych jedenastu utworach jest bezwolną, zakochaną w Jay Z kobietą. Recenzent New Musical Express napisał- Sasha Fierce Wracaj i ja przyłączam sie do tej prośby i wrzucam mix poprzednich trzech albumów i dziełka sztuki Destynys Child. Za Beyonce 4 można dać najwyżej 4 w skali 1-10 i bardzo mnie to boli bo oczekiwałem 12!

Z wami czy bez was?

Coraz częściej zaczynam łapać się na dość dziwnej konkluzji dotyczącej mojego stadium rozwoju. Dochodzę powoli do punktu w którym trudno jest mi identyfikować się z jakąś grupą ludzi lub jakimiś poglądami. Najprymitywniejszym ale najbliższym blogowo przykładem jest muzyka, której słucham. Mając swoje lata ?powinienem? słuchać dojrzałej muzyki. Tymczasem ja słucham bardzo wielu rzeczy, które docierają głównie do dwudziesto parolatków. Kiedy pisałem, że podoba mi się nowa płyta Dody, na moją stronę weszły setki jej fanów. Poczułem jednak wyraźną dezaprobatę i milczące zniesmaczenie ludzi z mojej grupy wiekowej. Coraz częściej nie rozumiem tej grupy a z pewnością nie odczuwam przynależności do niej.  Czasem wydaje mi się, że to ja jestem prymitywnym matołkiem a innym razem, że po trzydziestym piątym roku życia dużo ludzi zaczyna sztywnieć, zaciskać pośladki i napinać się na dorosłość. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie zaczynają się starzeć właśnie wtedy, gdy uważają, że wielu rzeczy ?nie wypada? robić, mówić, pisać. Takie życie bez wygłupu jest sztywne, martwe, nieżywe. Coraz bardziej doceniam dziecko siedzące w moim przyjacielu Tomku bo widzę, że dzięki takiemu dziecku w nas samych, które uśmiercamy powagą, chce się żyć dalej. Mam coraz większą potrzebę robienia rzeczy głupich i pozbawionych jakiegoś głębokiego, życiowego sensu.

Od kiedy przestałem pisać o polityce, przestałem także pompować się dmuchanymi jak bańka, sztucznymi emocjami. Być może dlatego jestem jedynie obserwatorem, a już nie komentatorem bo widzę jak sztucznie i celowo budowane są w nas, zwykłych ludziach antagonizmy wobec siebie. Miast być zwolennikami konkretnych poglądów ludzie stają się wyznawcami wodzów. Najprawdopodobniej z przyczyny problemu jaki mam z autorytetami, nigdy nie potrafiłem być wyznawcą nikogo i niczego. Tu też leży problem bo nie czuję przynależności.

Całe szczęście skończyła się już promocja książki. Ona także odcięła mnie od zwykłego życia. Zauważyłem, że najwięcej ciepłych słów trafiło do mnie od zupełnie obcych mi ludzi. Osoby, które szanuję i cenię za profesjonalizm ale także normalni czytelnicy dawali mi wiele dowodów, że podoba im się nasz wspólny z Tomkiem wygłup pod nazwą ?instrukcja Obsługi Twojego faceta?. Mogę chyba śmiało napisać, że grono moich bliskich znajomych i rodzina, właściwie nie zareagowało w żaden sposób na efekt naszej wielomiesięcznej pracy. Chyba wiem dlaczego. Cześć z nich spodziewała się, że będę nadal pisał rzeczy wzniosłe i mądre, część nie potrafi powiedzieć dobrego słowa bo nie potrafi. Jakiś marginalny procent tez chyba zazdrości. Kiedy nie odebrałem telefonu od znajomego bo byłem za granicą a on ma zastrzeżony numer, dostałem smsa, w którym napisał mi z powagą i oskarżeniem, że teraz jak się wybiłem, to zapominam o tych, którzy są ?maluczcy?. To był dla mnie szok. Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że ktoś może mieć takie idiotyczne przekonania, że się ?wybiłem?. Po drugie, że ktoś jest dla mnie ?maluczki?. To wybicie jest tak absurdalne, że trudno mi w to uwierzyć. Napisanie książki, czy pojawienie się w telewizji nazywać wybiciem?

No właśnie. To wybijanie się i robienie ?kariery? jest jakimś zupełnie niepojętym dla mnie zjawiskiem. Być może powinienem pokazać, że stać mnie na znakomita furę i zaprzestać jeździć pełnoletnią bmką. Być może powinienem ubierać się w markowe ciuchy i pokazywać, że jestem ?kimś?. Tylko po co mam to robić, skoro śmieszą mnie takie rzeczy jak wypasiona fura, złota karta, androidy, ipady, ifony i inne bajery. Znowu tracę poczucie przynależności.

No i może najistotniejsze. Zostałem wychowany w tradycji katolickiej, która właściwie mnie odepchnęła. Przekonanie o istnieniu rozumnej siły przekraczającej możliwości jej pojmowania jest we mnie silne. Usłyszałem jednak od mojego kuzyna, że albo wierzę w taki obraz Boga, jaki przedstawia religia, albo jestem wyrzutkiem. Mógłbym znaleźć sobie inną religię, na przykład buddyzm ale wtedy musiałbym kolejny raz zgodzić się na ?wyznawanie? także tego, co mnie nie przekonuje. Jedni szukają schronienia w Bogu, inni w Buddzie a ja nie bardzo mam to schronienie bo każą mi od razu wierzyć w niepokalane poczęcie albo górę Sumeru będącą centrum wszechświata. Znowu zdycha mi poczucie przynależności.

Szczerze mówiąc nie wiem czy brakuje mi takiego poczucia przynależności, czy nie. Zawszę mówię ludziom, żeby w momencie, w którym nie wiedzą czego chcą, zaczęli od tego, czego z pewnością nie chcą. To akurat wiem. Z pewnością nie chcę, żeby ktoś mówił mi co mam mówić, myśleć, czuć, w co wierzyć a w co absolutnie nie. Nie pozwolę sobie na narzucanie definicji dobra i zła, prawości i nieprawości, prawdy i kłamstwa, piękna i szpetoty. Chyba warto z tego powodu stracić dość wątłe oparcie wynikające z przynależności.  Przynależność kojarzy mi się ze skrajnością, podporządkowaniem, uniżonością, klękaniem, kłanianiem się w pas. Nie wierzę  ludziom, którzy mówią, że to nieprawda. Że można być przynależnym i niezależnym. Myślę, że człowiek jest współzależny, ale nigdy nie chcę być zależny. Jedyna organizacja w jakiej byłem w życiu to ?Zuchy? bo nawet harcerzem już być nie chciałem. Taka ?niezależność? chyba skazuje człowieka na pewien społeczny rodzaj samotności. Chwilami rzeczywiście czuję się samotny, a chwilami lubię być samotny. Czasami nudzi mnie moje towarzystwo i wtedy pobiegłbym szukać przynależności. Takie próby jednak zawsze kończą się niepowodzeniem.

No i tak sobie popisałem, choć nikogo to specjalnie nie obchodzi, ale właściwie piszę te słowa głównie dla siebie a jeśli ktoś odczuwa podobne dylematy i natknie się na ten tekst, to może zrobi mu się milej, że nie tylko on tak ma. Z tego powodu nie zostawiam tego tekstu tylko w komputerze.

Dla Anety i Roberta !!!

Dzisiaj o 15 00 mój wspaniały Przyjaciel Robert i Aneta wstąpili w związek małżeński.

Życzę Wam Kochani, żeby Miłość Wasza trwała wiecznie i nie zwracała uwagi na burze i susze!!! Dla Was ten piękny kwiat lotosu!


© 2017 Mirek Słowikowski

Theme by Anders NorenUp ↑