MonthKwiecień 2012

Pszczoły i ketonal, czyli Życie.

Wczoraj podszedłem pod moją ogródkową czereśnię. Drzewo jest duże i ma głównie charakter ozdobno- ekologiczny. Mogłoby dostarczać pysznych owoców ale nie starcza mi wiedzy, energii i chęci żeby opryskiwać je w odpowiednim czasie. W związku z tym każda dorodna czereśnia ma potężną wkładkę mięsną. Szpakom chyba wcale to nie przeszkadza, a może wręcz przeciwnie bo potrafią ogołocić duże drzewo w dwa dni. Ale nie o tym, nie o tym? Był piękny dzień i poszedłem wypatrzyć jakieś mądre miejsce na wygospodarowanie kawałka trawnika na sałaty, których nasiona nabyłem, jak zwykle nierozważnie. Nierozważnie bo kupuję nasiona, które zwykle pozostają niewysiane. Ale tez nie o tym. Stanąłem pod czereśnia i usłyszałem przepiękny szum i bzyczenie setek pszczół. Przez chwilę poczułem się jak w raju. Było mi tak dobrze, jakby otuliła mnie pierzynka z ciepła i miłości wszechświata. Magiczne uczucie radości z życia.

Późnym popołudniem pojechałem do mojej stomatolog. Nie zanosiło się na jakiś poważny zabieg. Zaniepokoiło mnie jednak to, że przy zastrzyku znieczulającym, pierwszy raz od kilkudziesięciu lat skoczyłem na fotelu i zawyłem. Zwykle znoszę wszystko bardzo dzielnie, nawet 6 godzin  na fotelu. Po wyjściu z gabinetu, zaczęło się piekiełko. Takiego bólu nie czułem od dawna. Ledwo dotarłem do domu. Na pierwszy rzut poszła jedna pyralgina, bo to najsilniejszy lek bezreceptowy. Potem druga, konałem z bólu. Trwało to ponad trzy godziny, dopóki Tomek nie przybiegł z ketonalem fotre.

Nie było już czereśni, nie było słońca, trawy, kilku wolnych dni. Zza bólu nie widziałem nic. Co to za ból w porównaniu z naprawdę cierpiącymi ludźmi, choćby na choroby nowotworowe. Zastanawiam się, ile trzeba mieć odwagi i głupoty, żeby wytłumaczyć takie cierpienia wyższym sensem. Ból wzbogaca? Nie wtedy, kiedy boli. Ból uczy? Nie wtedy kiedy boli? Są ludzie, którzy cierpią latami. Jest ich ogromnie dużo. My, cierpiący od czasu do czasu odsuwamy się od nich, uciekamy. Podalibyśmy pigułkę i ulotnili się. Są jednak anioły. Anioły pracuję w hospicjach, szpitalach. My, żyjemy wśród zdrowych i szczęśliwych. Wolimy nie zauważać cierpienia. Może dlatego, że boimy się cierpieć? Chyba tak, choć każdy z nas cierpiał, cierpi albo będzie cierpiał. Cierpienie nie omija nikogo. Żyjemy w całym oceanie cierpienia. Nie widzimy tego oceanu bo zamykamy oczy. Oburza nas, że ceny jaj rosną bo kury dostały większe klatki. Nie myślimy o tym, jak żyła i konała istota, którą się żywimy. Pomimo tego, że poświęciła dla nas życie, wyrzucimy jej mięso bo się popsuło. Tak samo łatwo ominiemy hospicjum, szpital psychiatryczny, wyizolujemy ICH. Tak trudno zbudować nam podjazdy dla inwalidów. Nie myślimy o tym bo boimy się przestraszyć. Aż cierpienie dotyka nas. Wtedy znikają nasi znajomi. Mówią- nie wiedziałem jak się zachować, nie zadzwoniłem bo nie wiedziałem co powiedzieć.

Sam sobie zadaję pytanie i nie dlatego, że nie odpowiedziałem sobie kiedyś na nie. Czy istnieje radość pomimo cierpienia? Tak wydaje się tylko tym, którzy nie cierpią albo cierpienie mają za sobą. Ono wzmocniło i uodporniło. Mnie też wiele przeżyć uodporniło. Nie mam jednak odpowiedzi na pytanie- co daje cierpienie, które prowadzi jedynie do większego cierpienia i życie kończy się w cierpieniu. Znacznie łatwiej mają ludzie z silną wiarą w Boga, a zwłaszcza jego chrześcijańską i muzułmańską wizję. Mnie taka silna wiara nie została dana. Nieustannie zastanawiam się nad tym, co jest rzeczywiście prawdą a co jedynie projekcją naszej ogromnej potrzeby, żeby nadać cierpieniu sens. Zastanawiam się jak dalece musimy zrezygnować z analizy, żeby ślepo wierzyć w coś albo kogoś. Jaką podpowiedź mają dla nas religie, nieustająco zmieniające zdanie. Czy cierpienia, które przeżywają kapłani w celibacie i ich ofiary wynikają z działania Boga, czy decyzji instytucji Kościoła z 1060 roku n.e.? Tak , dopiero po tym roku wprowadzono celibat. Którą Matkę Boską miałbym zapytać o to? Tę częstochowską czy fatimską? Ile było tych Matek? O co w tym chodzi. A może buddyjska koncepcja samsary i nirwany… Po jaką cholerę jest to koło samsary, z tymi samymi demonami co w naszym piekle. Dlaczego mamy cierpieć? Ktoś to do cholery lubi?

No właśnie, błogosławieni Ci, którzy potrafią bezwarunkowo uwierzyć w sens cierpienia. Nam, którym to nie zostało dane pozostaje być z tymi, którzy cierpią i nie mogą usłyszeć roju pszczół ?śpiewających? na czereśni. Pozostaje oswajać cierpienie bo jest ono częścią życia. Tym samym oswajać życie. Nie przestawać się cieszyć pszczołami ale mieć świadomość że im pełniej będziemy chcieli żyć, tym pełniej musimy doświadczać cierpienia. Jeśli zaczniemy uciekać przed cierpieniem, ono zacznie nas gonić. Im szybciej będziemy biegli, tym szybciej i ono. W końcu się zmęczymy, staniemy i powiemy cierpieniu- masz mnie. Wtedy zobaczymy, że uciekaliśmy zupełnie niepotrzebnie bo ciągle stoimy w tym samym miejscu a tak się zmęczyliśmy. My byliśmy tu i teraz i ono było tu i teraz. Bo to Życie jest.

Religia czy Etyka? Kolejne wyzwanie XXI wieku.

Niedawno myślałem o wyzwaniach gospodarczych, które czekają naszą planetę w XXI wieku. Pisząc o wszystkich tych zmianach zupełnie zapomniałem, że mogą one zostać zniweczone wojną albo wojnami. Na przekór zdrowemu rozsądkowi przypomniał mi o tym pan Antoni Macierewicz. Pomimo tego, że psychopaci wywoływali wojny o zasięgu światowym w poprzednim wieku, to odnoszę wrażenie, że oprócz nich mamy jeszcze do czynienia z o wiele większym zagrożeniem- wojnami religijnymi dotyczącymi sfery wartości. Konflikty w sferze wartości są najniebezpieczniejsze zarówno pomiędzy dwojgiem ludzi jak i rodzinami, społecznościami, narodami, grupami religijnymi. W nich nie ma miejsca na kompromisy.

Słuchałem któregoś dnia dyskusji na temat tego, czy aptekarz ? katolik może odmówić sprzedaży środka antykoncepcyjnego. Jedni mówią- nie tylko może ale i musi. Inni- to nie jego sprawa, prowadzi sklep. Ja też uważam,  że jeśli powodem odmowy sprzedaży jest ochrona czyjegoś życia, to mamy prawo się zastanawiać. Gdzie jest jednak granica takich ingerencji? Katolik nie powinien zatem sprzedawać karabinu bo zabija, wódki bo zabija, papierosów bo zabijają, aspartamu , glutaminianu, konserwantów, białego cukru, tłuszczu,? A co kiedy to samo co zabija leczy, pomaga przetrwać ból? Morfina w stanach terminalnych, czy coraz częściej stosowana marihuana w  mdłościach przy chemioterapii?

Od razu wiecie, że jestem demagogiem. W pełni się zgadzam ale czy Ci, którzy odmawiają sprzedaży prezerwatyw nie są demagogami i hipokrytami w jednym?

Któryś z moich ulubionych autorów, rzecz w tym, że nie wiem który, przytoczył rozmowę zasłyszaną w jakimś małym miasteczku w południowej Karolinie. Rozmowę prowadziły dzieciaki z podstawówki: ? A Ty należysz  do baptystów? Tak. A Ty gdzie? My jesteśmy protestantami. No a Ty? My należymy do jeszcze innego diabelstwa? No właśnie, zmienia nam się świat wokół nas. Kiedyś w Europie mieszkali właściwie sami chrześcijanie. Teraz mamy coraz więcej muzułmanów, hinduistów, buddystów, ateistów. Za kolejne 20-30 lat te proporcje jeszcze się zmienią.

Jak zatem mają poradzić sobie współczesne społeczeństwa z  wykluczającymi się systemami przekonań i głębokiej wiary w to, co jest dobre a co złe? W moim głębokim przekonaniu bardzo szybko musi zostać zakończony mariaż religii z państwem. Mieszanie religii z państwem nie wychodzi ani religii ani państwu na dobre. Nigdy nie wychodziło. Raz cierpiała religia, raz państwo. Najczęściej jednak cierpią zwykli ludzie zdezorientowani pomieszaniem nakazów i zakazów. W to wierz, w to nie wierz. Jedz wołowinę, nie jedz wieprzowiny. Jedz wieprzowinę, nie jedz krowy. Mój Bóg jest prawdziwy, twój to bożek. Zabiję cię bo jesteś posłannikiem szatana.

Co może być wspólnego dla wszystkich religii ? Nic!. Co może być wspólnego dla wszystkich społeczności? Etyka! Zasady Etyki są już wypracowane. Bardzo często pokrywają się z dekalogiem i innymi pięknymi zasadami. Równie często nie pokrywają się z dogmatami i zabobonami obecnymi w każdej z religii.

Nie trzeba być wyznawcą żadnej z nich, żeby być przyzwoitym człowiekiem. Państwo nie może się opierać na zasadach jednej religii bo za chwilę będzie musiało godzić wodę z ogniem. Każdy katolik, muzułmanin, hinduista, buddysta, taoista powinien otrzymać pełne poszanowanie dla jego wyznania. Jednak kiedy styka się z państwem musi stosować się do wypracowanych wspólnie norm etycznych. Religie nie mają patentu na ?, no na nic nie mają. Ludzie niewierzący bywają równie często wspaniali, porządni, moralni, uczciwi, ja wierzący. Jedni i drudzy równie często bywają łobuzami. Jeśli nie oddzielimy od siebie państwa, religii i etyki to, może jeszcze nie teraz, ale będziemy mieli prawdziwe piekło i to wcale nie po śmierci.

Jeżeli nie przeprowadzimy dogłębnego procesu sekularyzacji to zniszczymy sami siebie. Jeżeli wspólne zasady etyczne nie zastąpią zasad religijnych w państwie, to stracimy państwa.

Mam wielki szacunek do wielu wyznawców różnych religii. Większość z nich to ludzie głęboko etyczni, prawi, porządni. Zawsze trafiają się jednak ?czarne owce?, które traktują wyznawcę innej religii jako kogoś gorszego, wroga, przeciwnika, którego należy zniszczyć, zanim on zniszczy nas.

Czy etyka musi nakazywać katolikowi, żeby używał antykoncepcji, muzułmaninowi, żeby jadł wieprzowinę, czy hinduiście, żeby jadł wołowinę? Nie tylko nie musi ale nie ma nawet zamiaru. Etyka określa granice dobra i zła na poziomie społecznym ale nikogo nie zmusza, żeby tych granic zła nie powiększał. Etyka przecież nie nakazuje antykoncepcji. Każdy katolik ma pełne prawo bronić swoich przekonań i zachowań. Słowo ?swoich? musi jednak oznaczać także- w stosunku do siebie.

Jestem jak najdalej od krytyki zakazów i nakazów poszczególnych religii. Nie próbuję nawet dokonywać własnych ocen. Wskazuję jednak na wyzwania i sprzeczności, które się pojawiają coraz częściej w współczesnych, otwartych i mieszających się społeczeństwach. Jeśli nie zaczniemy otwierać się na nowe rozwiązania a miast tego zbudujemy kolejne mury to za chwilę odczujemy syndrom oblężonej twierdzy. Ludzkość istnieje setki tysięcy lat i jak widać wiele twierdzy nie pozostało. Te, zbudowane przez obecne religie tez nie są wieczne.

Szanuję Ciebie i twoje przekonania, ale i Ty szanuj mnie. Nie, nie musisz akceptować, zgadzać się ze mną, ,wyznawać moje wartości. Możemy mieć wspólne wartości, które określą, jakie są bazowe granice dobra i zła w naszych relacjach wzajemnych. Każdy jednak musi tez oddać kawałek swojej wolności. Jeżeli etyka już w tej chwili określa, kiedy możemy podejmować aktywność seksualną, to nawet jeśli jesteś mormonem, nie możesz skłaniać dwunastoletniej dziewczynki do współżycia. Jeśli etyka określa, że aborcja jest nieetyczna, to nie możesz jej stosować jako antykoncepcji. Etyka nie jest zatem pełnią wolności ale zbiorem norm na które umawia się społeczeństwo we wzajemnych relacjach. Normy te zawsze próbują zobiektyzować dobro i zło i oczywiście skazane są na uogólnienia i uproszczenia. Ich zbiór to jednak pewne minimum. Jeśli chcesz iść do maksimum, nikt nie powinien ci przeszkadzać ale i ty nie możesz nikogo zmuszać do swojego maksimum. Przeciwnym razie zemści się to na tobie prędzej czy później. W XXI wieku raczej prędzej niż później.

Madonna MDNA (Mistrzowsko Doskonale Niekonwencjonalnie Arcyciekawie)

Przeczytałem kilka, głównie polskich, recenzji najnowszej płyty Madonny MDNA. Coraz bardziej zadziwia mnie poziom recenzentów. Pojawiają się określenia, że Madge postawiła na klubową muzykę taneczną, z infantylnymi tekstami. Co prawda gdy usłyszałem ?Gimme All ??, po raz kolejny po blisko 30 lat pomyślałem- nie dała rady. Teraz widzę, że piosenka to żart i prowokacja. To jest kobieta, która uwielbia prowokacje i posługuje się nimi znakomicie. Chłodna, chwilami cyniczna, bez jakichkolwiek elementów podlizywania się słuchaczowi. Gdy wszyscy artyści ?kochają? koncerty, Madonna w dwóch wywiadach mówi, że lubi pierwsze dwa i ostatnie dwa tygodnie dwuletniej trasy koncertowej. Mówi, że musi pracować i grać koncerty żeby zarabiać. Tworzy obraz rzemieślniczki. Jednocześnie kazda nowa płyta to ryzyko i zmiana kierunku. Na ?Confesions?? tańczy w rytm ABBY, na Hard Candy zrywa z tą stylistyką i nagrywa z hiphop?owcami. Teraz wchodzi do klubu ale właściwie wsuwa tam jedną nogę zmuszając słuchacza do słuchania w klubie, w którym się nie słucha tylko tańczy.

Jeśli ktoś uważa teksty Madonny za infantylne to znaczy, że większość z nas jest infantylna. Pod kreacją artystyczną widać podróż Madonny przez życie. Rozlicza małżeństwo, zaczyna powątpiewać w swoją ścieżkę duchową, wychodzi z niej cała masa tłumionej agresji i niechęci do rzeczywistości.

?Girl gone wild? otwiera drzwi do klubu w którym i wita nas słowami, że tak bardzo chce być dobra. Chce wyznać grzechy ale zaczyna szaleć bo chce po prostu się bawić, niestety ciągle uważa, że jest złą dziewczynką sprzed lat. Piosenka znakomita, biegnąca do przodu prowadzi w sam mrok w którym jest zemsta, agresja i złość w ?Gang Bang? w której Madonna czuje się jak ?ryba bez wody?, strzelająca prosto w głowę swojego kochanka, który zbudował jej trumnę. Klimat mroku, zemsty, granice szaleństwa. Chociaż czuje się uzależniona od uczucia jak narkotyku, wcale ta miłość nie jest piękna i radosna. Przypomina raczej kompulsywne uzależnienie pozbawione piękna. Nieomalże także transowe uzależnienie podkreśla szalona praca elektroniki wymieszanej z połamanym głosem. Bałagan i bity. W pozornie tanecznym numerku ?Turnu Up the radio? artystka prosi aby zabrać ją z klatki w której umiera niczym ćma lecąca do płomienia. Chce się bawić- ?pogłośnijcie radio?, a może chce tylko uciec i coś zagłuszyć bo jak sama śpiewa nie wie dokąd chce biec. Znakomity numer do tańca i opuszczania klatek. Wydaje się, że na moment wyrywa się w żart ?Gimme all?? ?Każda piosenka dzisiaj brzmi tak samo? i aby to zrozumieć zaprasza do swojego świata. Piosenka fatalna ale trzeba ją przetrwać, żeby wyjść z mrocznych klimatów. Nie udaje się ?Some girls? to smutny obraz ?sztucznych cycków?. ?kasy za miłość? i niejasna prośba o pokochanie Madge za to, że jest inna. Wkrada się obraz zwykłej kobiety, która mocuje się z życiem i czeka na prawdziwą miłość. Nierealny obraz tej miłości pojawia się w ?Superstar?, gdy artystka celowo ?podróżuje? po znanych męskich bohaterach, tak jakby chciała pokazać, że idiotycznie poszukuje w nich cech swojego super gwiazdora. Bardzo lekka forma piosenki, zupełnie niepodobna do reszty płyty pokazuje tą naiwną twarzyczkę Madonny, za którą tęskni, jak wszyscy inteligentni ludzie, którzy zauważają, że świata nie opisują okładki kolorowych pism i bohaterzy z kina. ?Gówno mnie to obchodzi? to rozstanie i rozliczenie małżeństwa Madonny. Nie wierzymy jej, kiedy śpiewa o tym że będzie ok., używając czasu przyszłego bo na razie jest na etapie mienia w dupie. ?Love spent? to jeden z najlepszych utworów na płycie. Znakomity muzycznie, nawiązuje do wielu płyt artystki, zmienia aranżację, pojawia się banjo i jednocześnie przypominają o sobie sample ABBY. Jednak w nim Madonna oskarża najbardziej. Zadaje pytanie, czy kochałby ją gdyby była biedna, wyrzuca, że przytulał ją tak samo jak przytulał swój skarb albo pieniądze. Jest jednak w tym mnie złości a więcej poddania się i smutku. Przy ?Masterpiece? konwencja muzyczna się zmienia w piękną balladę. Trochę za sprawą tego, że piosenka pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do filmu ?W.E? . Tekst jednak doskonale kontynuuje nastrój smutku stwierdzeniem, że ?Nic nie jest niezniszczalne?. W ? I?m falling free Madonna na chwilę wychodzi do pokoju medytacyjnego i odpuszcza potrzebę, żeby ?wiedzieć?. To wyraźnie daje jej i słuchaczom płyty chwilę wytchnienia. Piosenka przepiękna, wręcz niezwykła. Ale po niej kończy się tylko uboga wersja płyty.

Po niej ?I fucked up? i mamy wrażenie, że Madonna znowu całą winę jest gotowa wziąć na siebie. Pojawia się mała dziewczynka, która ma o sobie tak złe zdanie, że jest gotowa obarczyć siebie całą winą i błagać o przebaczenie, żeby dostać swoją miłość na powrót. W ?B-day song? madonna nie chce abyśmy uwierzyli w jej własne słowa ?I?m a happy girl?. Tak wyraźnie daje nam to zrozumienia, że nie pomagają dynamiczne rytmy ani pomoc MIA. ?Best Friend? to znowu perełka. Biegające od ucha do ucha syntezatory i popowy refren milkną i zostaje bas i bębny i łamiący się głos. Mnie także się łamie gdy artystka śpiewa, że przetrwała najtrudniejsze testy w życiu ale wie, że straciła najlepszego przyjaciela i przestaje udawać to przed sobą.

Płyta tekstowo jest jedną opowieścią i swoistą psychoanalizą życia, robioną nie z perspektywy psychoterapeuty, ale samego siebie. Snobi, których mamy więcej niż profesorów mogą twierdzić, że to infantylne, naiwne, dla kucharek. Spoko koledzy. Zawsze bawił mnie snobizm. Nigdy słoma z butów nie wyłazi w ładniejszej formie niż przez snobizm.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną płyty to może się podobać, może nie podobać. Mnie podoba się bardzo. Dźwięki generowane elektronicznie nie są dla mnie mniej wartościowe niż grane na żywych instrumentach. Dzięki są albo piękne, ciekawe, bogate, frapujące, albo brzydkie, nudne, ubogie. To kwestia oceny. Dla mnie włożenie psychoanalizy własnych przeżyć do klubu jest pomysłem znakomitym. Płyty słucham od trzech tygodni, słucham coraz częściej. Madonna należy do tych artystek, które nie dysponują ani wyjątkowym, ani wybitnym głosem. Jest jednak niezwykle inteligentną artystką z bardzo ciekawą osobowością i drogą życiową od dużej biedy, poprzez różne fascynacje seksem, duchowością, małżeństwem po wielkie rozczarowania sobą, miłością, rzeczywistością. Jest człowiekiem z krwi i kości, chociaż może siedzieć na kościach słoniowych. Szanuję i podziwiam, za to, że nigdy się nie stoczyła, że walczyła za siebie, o siebie a teraz wychowuje dzieciaki, które nie przypominają dzieci rozkapryszonych gwiazd. Zazdroszczę jej etosu pracy, uporu, odwagi i tego, że kompletnie i bezkompromisowo ma głęboko w dupie to, co otoczenie o niej pomyśli. Tak trzymaj KOBIETO!

Dawaj i bierz – rozważania o bezsilności i innych takich

W ostatni poniedziałek odbyłem ponad dwugodzinną rozmowę z facetem, który jest moim kolegą, chociaż to złe, niewystarczające słowo. Pierwszy raz od wielu lat rozmawiałem z „obcą” osobą tak szczerze i otwarcie. Poszedłem po radę ale zamiast niej dostałem sporo materiału do przemyśleń. Nie było wniosków, podpowiedzi, tylko kilka cennych pytań, na które muszę sobie sam odpowiedzieć. Pierwsza obserwacja i pytanie: „czy nie jest ci trudno prosić o pomoc i ją przyjmować bo projektujesz na odbiorcę wypierany fragment swojej niechęci do dawania?” i za chwilę drugie cenne : „czy przypadkiem nie zachwiałeś proporcji dawania innym i brania od innych?”.

Od prawie tygodnia nieustannie o tym myślę i próbuję oddzielić to, co podpowiada moje ego, od w miarę obiektywnej oceny psychologicznej. Staram się analizować fakty na tyle beznamiętnie, na ile potrafię. Zastanawiam się na ile to ja daje sygnały, że ze wszystkim poradzę sobie sam, bez wsparcia a na ile na to wsparcie nie mogę liczyć. Rzeczywiście mam opinię człowieka twardego, który radzi sobie w życiu ze wszystkimi wyzwaniami na tyle skutecznie, że nie potrzebuje wsparcia. Zdrowy rozsądek podpowiada- radzę sobie ale ponoszę duże koszty tego radzenia.

Istotnie cały czas ktoś potrzebuje pomocy, zainteresowania, rady i chyba wiele osób przyzwyczaiło się, że zawsze znajdą ją u mnie. Często pytanie- ” a co u ciebie?” pojawia się w ostatniej minucie rozmowy a ja uważam, że nie muszę prosić o pomoc bo sam dam sobie radę, że nie będę obarczał jeszcze swoimi problemami. Oczywiście są bardzo nieliczne wyjątki osób, które mnie kochają i mogę na nie zawsze liczyć. Ale, no właśnie, nie proszę o wparcie bo uważam, że ich problemy są większe. W końcu i tak wyłazi mój żal i to w postaci wybuchu gniewu.

W ostatnim tygodniu pojawiły się dwa takie wybuchy. Jeden z bezsilności, drugi jako obrona przed atakiem. Największa bezsilność pojawia się u mnie, kiedy nie potrafię zbudować granicy. Nie, nie dlatego, że nie umiem. Są takie sytuacje, gdy zbudowanie granicy pochłania zbyt wielkie ofiary. Na przykład z ludźmi starszymi, którzy nie potrafią już racjonalnie wnioskować i przyjmować informacji zwrotnej. Pogodzenie się z ta bezsilnością jest trudne, tak samo jak trudne zaakceptowanie własnej bezsilności w stosunku do tego, co nieuniknione, niezależne od nas, chorób, przemijania, ograniczeń. Każdy z nas był, jest albo będzie bezsilny wobec… To tylko kwestia czasu i bajania pseudo- nauczycieli będzie musiał włożyć do kosza. Kiedy ktoś umiera, ciężko choruje, nie potrafi zrozumieć … pojawia się bezsilność. Trudno nie przerobić jej na gniew na świat, ludzi, siebie.

Jest we mnie jednak gniew, który muszę przetworzyć. To gniew na ludzi, którzy nieustannie próbują mnie atakować. Wczoraj taki atak się pojawił. Od bliskiej mi osoby nieustannie słyszę różne ataki, wynikające z jednej strony z projekcji jej własnego gniewu, z drugiej z bezmyślności. Ostatnio z tak zwaną częścią średniego pokolenia w mojej rodzinie umówiliśmy się, że nie będziemy nadmiernie obciążali pokolenia po osiemdziesiątce. To nasze matki, ciotki, wujowie. Oni na prawdę nie są już w pełni sił i to, co dla nas jest do zniesienia, dla nich może być zabójcze. Tragedie mogą się zatem multiplikować. No i własnie wczoraj usłyszałem, że nakazuję ukrywanie faktów. Gdy starałem się wytłumaczyć na przykładzie mojej matki, że jej zdrowie i obecny stan pogarsza się pod wpływem zalewania jej drastycznymi wiadomościami, usłyszałem ” no to co”… „a ty nie chciałbyś wiedzieć, gdyby twój…”. No i trafił mnie szlag. Taki ostry szlag. Usłyszałem to od człowieka, który najczęściej stawiał swoje „sprawy” wyżej niż dobro najbliższych. Na dodatek, na skutek niskiego poczucia własnej wartości, czuje się lepszy ode mnie bo jest „bliżej Boga” . No i wybuchłem tak, że gałęzie z drzewa, które „goliłem” z Tomkiem zaczęły się same łamać :-).

Jeszcze kilka tygodni temu wytłumaczyłbym sobie – też nie ma łatwo, ugryź się w język Mirku. Mój język został już jednak tak pogryziony z troski o innych, że spuchł i przestało mnie być widać zza niego. Mam wrażenie, że po rozmowie z A zaczyna się nowa era „niegryzienia w język”.

Nigdy nie przestanę się interesować ludźmi. Nigdy nie przestanę biec z pomocą. Ale zacznę biec z pomocą także sobie.

Wielu z nas zbyt często gryzie się w języki. Wtedy agresorów pojawia się coraz więcej. Myślimy o nich jako kimś ważniejszym niż my sami. Kimś, kogo trzeba chronić bardziej niż nas samych. Patrzę na to także z boku bo w gronie moich najbliższych jest taka sama, jak ja, osoba. Dla niej też potrzeby innych są ważniejsze od własnych. Też biegnie z pomocą , na oślep. Sama tej pomocy otrzymuje zbyt mało. Jest to także jedyna osoba w stosunku dla której ja zamierzam się gryźć w język bo ona gryzie się w niego, gdy mnie ponosi. Dobrze, że jest!

To trudny rachunek w byciu „dobrym” i „złym”. Wielu ludzi stosuje wymyślne formy ucieczki. Duchowość, rozwój osobisty, afirmowanie nierzeczywistego świata. Tak pojawia się nierównowaga naszego systemu psychicznego. Fizycznie najbardziej chorują osoby „głęboko uduchowione”  do których przemawia Jezus, spalające karmę, prawie buddowie. Pytanie tylko czy w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku, Krośnie jest miejsce na buddów. Jest. Ale nie dla nas zwykłych ludzi, ze zwykłymi problemami, mierzącymi się z codziennością, która jest mieszanką piękna i szpetoty, miłości i nienawiści, dobra i zła, deszczu i słońca. Ta codzienność wielobarwna, czarna, biała, szara, czerwona, zielona, jest w nas samych. Nie możemy ciągle wymazywać zła  gumką myszką bo to nie jest rysunek, tylko realne życie.

Przyszło raz dobro do zła, zadając dziwne pytanie

Po co ty jesteś na świecie kochanie?

Zło zdziwione się zastanowiło…

„bo beze mnie kochanie… ciebie by nie było”

Niech się stanie wiosna…

Wyjątkowo długie są u nas te okresy zimno- zimowe. Popędzam ciepło jak mogę i może w końcu się zacznie. Praca w ogrodzie niezwykle dobrze działa na moją psychikę. Jest coś bardzo pięknego w grzebaniu w ziemi, sadzeniu roślin, podlewaniu i patrzeniu jak wypuszczają pąki. W tym roku zaryzykowałem i zamówiłem kilka roślin aż z Karpacza. Przyjechała dorodna trawy pampasowe, które w Warszawie bardzo trudno kupić a jak już się trafią to osiągają jakieś kosmiczne ceny. Trawy przypominają mi południowe kraje, które uwielbiam za ciepło. Mam nadzieję, że białe i różowe puropusze pojawią się jeszcze w tym roku. Nie zakwitnie penie wisteria, której sadzonka jet maleńka ale za to hortensja już wypuszcza pąki i trzeba tylko pilnować, żeby przebarwiła się na niebiesko. Niestety trzy z czterech rododendronów nie polubiły mrozów i mocno wycierpiały.

Mam nadzieję, że wiosna przyniesie trochę oddechu dla mojej psychiki. Moja matka dochodzi powoli do zdrowia po dwóch operacjach oczu, ciotka jeszcze w szpitalu ale bypasy i łatanie aorty to poważna operacja. Niech już wróci do domu bo wuj bez niej dostaje lekkiego bzika i dobrze go rozumiem. Święta spędziłem bardzo sympatycznie. Mój brat a właściwie kuzyn bo rodzeństwa niestety nie posiadam, ma piękny dom niedaleko Warszawy, który z jego małżonką urządzili na prawdę fajnie. Ich pasją są antyki, które wygrzebują na różnych targach. Kilkanaście pięknych zegarów, stare szafy, komody, stoły. Dom wielki zatem dużo miejsca i do tego dużo smaku. Gosia jest świetną kucharką i pomimo mojej uważności w kwestii wagi … Przyjechała moja kuzynka z Berlina, którą kocham jak rodzoną siostrę i było na prawdę miło, pomimo dzieciaków, które rozrabiały niemiłosiernie a taki poziom hałasu nie jest moja pasją. Wczoraj wpadał Asia z Łukaszem i dziewczynkami, trochę niespodziewanie ale Asia i Lila mają zawsze w moim serduchu specjalne miejsce. Niestety nie pojedli bo potrwa świątecznych zero.  Na mój chleb gruboziarnisty, białe sery, i pierś w galarecie nie ma zwykle chętnych. Cukier też jest moim wrogiem, zatem spożyli kawałek babki drożdżowej a dziewczynki kanapy z serkiem kozim.

Dzisiaj rocznica katastrofy smoleńskiej. Jest mi jakoś bardzo osobiście przykro, że zrobiono z tej potwornie smutnej historii takie piekło. Wiele osób zapewne chciałoby opłakiwać śmierć bliskich w powadze i spokoju. Nie mam szacunku dla ludzi, którzy celowo i z premedytacją próbują wmawiać dość prosto myślącej części społeczeństwa scenariusze zamachów. Oczywiście dla niektórych byłoby bardziej spektakularne gdyby prezydent został zabity, niż zginął w wypadku. Niestety ciągle żyjemy w kraju w którym jest ogromnie dużo bylejakości i braku rozsądku. Wystarczy wyjechać na drogę. Po dziurach pędzą oszalali kierowcy. Potrzeba pokolenia żeby to zmienić. Najłatwiej powiedzieć, że ktoś jest odpowiedzialny a nie my. Obawiam się, że to większość z nas uważa, że jakoś się uda… Nie zawsze się udaje. No ale w końcu taką prawdziwą wolność mamy dopiero dwadzieścia kilka lat. Musimy nauczyć się z niej korzystać. Jak pogodzić interesy protestujących przed KPRM związkowców z interesami zwykłych ludzi, których okna miejsc pracy wychodzą na ulicę. Przez dwa dni szkolenia myślałem, że oszaleje od petard , bębnów, krzyków.

Ludzie mówią- te gnoje z Warszawy, dobrze im tak. Może i mają rację, chociaż ja specjalnej radości z życia w stolicy nie odczuwam. Ostatnio zrobiło się koszmarnie. Miasto jest zakorkowane cały czas a komunikacja miejska przepełniona. Kiedy słyszę od znajomych z innych miast, że stali w korku pół godziny to myślę sobie- szczęściarze. Sam korek na Marsa to już 30 minut a to dopiero wstęp. Dobrze, że mieszkam w Rembertowie… Niestety polu przed moim domem, gdzie latem kwitły chabry powstają całe osiedla. Większość z nich to domy wielorodzinne z ogródkami wielkości mojego tarasu, a zapewniam, że jest mały.

Po kilku latach przerwy wracam do zajęć indywidualnych coachingów terapeutycznych. Zaczęło się od maila i po jego przeczytaniu była szybka decyzja. Chyba nadszedł czas. Chociaż sam borykam się z różnymi problemami to zawsze potrafiłem efektywnie pomagać. Może to prawda, że samemu trzeba przez coś przejść, żeby potem nie dawać rad, jak niektórzy nawiedzeńcy- ciesz się życiem bo świat jest taki piękny. Wiele osób zapomina, że aby zacząć się cieszyć życiem, trzeba najpierw uporać się w własnymi demonami. Te szatańskie dusze, to schematy myślenia, niskie poczucie wartości, przekonanie, że się nie zasługuje. Zrozumienie, że życie zawiera w sobie wszystkie doznania, te bardzo przykre i te radosne i, że umiejętność życia to umiejętność kroczenia ścieżką równowagi.

No to się rozpisałem…

Pozdrawiam szczególnie ciepło tych, którzy napisali kilka słów w mailach!

Zbieram się powoli…

Zbieram się powoli ze stresów ostatnich dwóch miesięcy a może tylko zaczynam się przyzwyczajać i odcinać. Chyba jednak muszę coś od czasu do czasu napisać, tak dla czystego wypisania się. Ilość trudnych sytuacji w ostatnich miesiącach w moim i moich najbliższych otoczeniu przerosła najśmielsze oczekiwania. Dosłownie co tydzień informacje o śmierci, ciężkich chorobach, operacje mojej matki, to codzienność. Przestałem nawet odbierać telefony, których numerów nie znam. Może trzeba jednak wspiąć się na tę górę kłopotów i wysunąć głowę ponad chmury. Zaczynam próbować. Obiecuję samemu sobie się poprawić i wrócić do0 pisania bloga. Sprawiało mi to przyjemność, może na powrót zacznie sprawiać…

© 2017 Mirek Słowikowski

Theme by Anders NorenUp ↑