Jutro są urodziny mojej mamy. Kończy właśnie 84 lata i bynajmniej daleko Jej do zrzędliwej staruszki, choć aniołkiem także nie jest. Z pewnością jest jednak  wyjątkowym człowiekiem. Nawet teraz, gdy ma sporo lat i kłopoty ze zdrowiem, jej umysł jest błyskotliwy, analityczny, uczący się wielu rzeczy. Interesuje ją czym jest facebook, zadaje wiele pytań. Kiedy ma siłę ćwiczy „power walk” z telewizorem i maszeruje ponad 2 kilometry. Nie chodzi ubrana w długie jesionki, ale modne kurtki, spodnie, korzysta z telefonu komórkowego. Wszystko to pomimo dużych kłopotów ze zdrowiem, które czasami kończą się miesiącami rekonwalescencji.

Jej życie to materiał na książkę. Urodziła się 9 lat przed wojną w wielodzietnej rodzinie. Kiedy dziadka aresztowali faszyści, razem z rodzeństwem potwornie głodowała. Wspomina czasy, gdy jedynym posiłkiem, całymi miesiącami była zupa ze zmarzniętej brukwi. Lata wojny to był dla niej i jej rodzeństwa okres koszmaru. Potem było niewiele lepiej. Mój dziadek a jej ojciec, zmarł bardzo wcześnie po okresie okupacji i pozostało młodsze rodzeństwo.  Była bardzo dumna z dziadka i do dzisiaj przechowuje dyplom uznania, który otrzymał od premiera Sławoja Składkowskiego. Pomimo tego, że bardzo chciała i uczyła się świetnie, nie mogła pójść na studia bo ktoś musiał pracować, tym bardziej, że moja babcia, a jej mama po stracie męża, zaczęła poważnie chorować. Było półtora etatu, powroty z pracy o 22. Utrzymywała do końca młodszego brata i moją babcię z drastycznie niską emeryturą. W końcu stanęła na nogi i mogła poświęcić trochę czasu sobie.  Potem poznała mojego ojca. Chyba sama do końca nie rozumie dlaczego się z nim związała.  Dzisiaj, pół żartem, powiedziała mi, że chyba dlatego, że miał ładne nazwisko. Już po roku okazało się, że swoją chorobą alkoholową zamienił jej życie w piekło na kilka lat. Wtedy też pojawiłem się na świecie ja. Stoczyła wielką wojnę o to, żebym miał normalne dzieciństwo. Miałem. Pomimo bardzo skromnego życia jakie prowadziliśmy, od dziecka zabierała mnie do teatru, opery, na koncerty do filharmonii. Nie ominęła żadnej okazji, żeby pokazać mi Polskę. Zawsze mieliśmy fajne, choć skromne wakacje, wycieczki, rejsy statkiem,  grzybobrania. Choć miała mało czasu, ten czas dla mnie zawsze się znalazł. Zrezygnowała ze swojej prywatności dla mnie i swojej matki, którą wzięła pod opiekę.  Nieustannie czułem jej wielką miłość, choć bez wielkiej wylewności. Choć zostałem jedynakiem nigdy nie miałem syndromu jedynaka. Już w pierwszej klasie podstawówki, zaproponowałem, że będę sam robił sobie śniadania. Ona musiała napalić w piecu, żeby zaczęło działać ogrzewanie. O szóstej rano wstawała i szła do komórki po węgiel a potem niczym torpeda wybiegała do biura firmy Polmedic. Miała do mnie nieograniczone zaufanie. Nie musiała mówić, co jest dobre a co złe, bo stanowiła i stanowi przykład przyzwoitości i dobroci. Nigdy nie skrzyczała mnie za złe oceny, a przyznam bywało różnie. Zawsze we mnie wierzyła i nie musiała namawiać do wysiłku aby dostać się na studia. Nie pojawiała się nigdy ani jedna sugestia, czego ode mnie oczekuje. Nie musiała się pojawiać. Akceptowała i akceptuje wszystkie moje wady i dzielnie znosi napady wściekłości. Czasami daję Jej popalić.

Gdy zamordowano Magdę, kogoś więcej niż moją przyjaciółkę, gdy miałem poważny wypadek, przeżywała to bardzo ale nigdy się nie „rozleciała”, zawsze mogłem liczyć na wsparcie. Od pewnego czasu role musiały się trochę zamienić i to ja jestem tym głównym opiekunem. Gdy bywa chora, to ja gotuję obiady, kompoty, sprzątam, piorę. Staram się zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. To jednak ciągle Ona jest telefonem zaufania dla całej mojej rodziny. Gdy coś się dzieje, pierwszy telefon wykonuje się do mojej Matki. Ona doradza, pomaga, martwi się o wszystkich – swoje rodzeństwo, ich dzieci, czasem wnuki a nawet prawnuki. Chciałbym, żeby dostawała tyle, ile daje innym. Sporo z tego biegania z pomocą przekazała mnie. Nie jestem tym zachwycony bo często zdaję sobie sprawę, że działam tak, jak Ona a przydałoby się odrobinę zdrowego egoizmu.

Niewątpliwie, co po Niej odziedziczyłem, to poczucie przyzwoitości, bezcenne w obecnym świecie, poczucie sprawiedliwości, dość kłopotliwe czasami, ale także męstwo, którego nie nauczył mnie ojciec. Kiedy Ona miała przed sobą wyzwanie, nie chowała się pod kołdrą, tylko brała byka za rogi, nawet gdy ten byk był od niej dwa razy większy. Być może dlatego, choć czasami wiele mnie to kosztuje, wiem, że poradzę sobie z każdym piekłem, które mnie może spotkać. Miałem doskonały przykład.

Chyba największym darem jaki mi przekazała moja Matka, jest umiejętność kochania. Gdy samemu było i jest się tak bardzo kochanym, umie się także kochać. Kochać miłością bezwarunkową, która się obraża, nie szuka za i przeciw, i jest trwa względu na wszystko. Mówimy sobie jak bardzo się kochamy i choć nie robimy tego codziennie, to obydwoje wiemy. Bardzo chciałbym poświęcić jej więcej czasu i zwrócić dług, który u niej zaciągnąłem.

Moja Mama nie jest oczywiście aniołem i ma sporo wad. Ale dla mnie  jest bohaterem i wcale nie muszę czytać „Siłaczki” lub wielkich mędrców tego świata, żeby wiedzieć, że jego tajemnica to miłość, przyzwoitość i dobroć.

Miałem napisać o swojej Matce a w końcu napisałem o sobie bo nie kim, ale jaki teraz jestem zawdzięczam tylko Jej. To, że gdy patrzę teraz w lustro i oczywiście najpierw mówię sobie, „ale jesteś brzydki Miruś”, ale zaraz potem, „ale nie wstydzę się, że na ciebie patrzę”, to tylko jej zasługa. Mojej Mamy.