Irena Jarocka nie żyje :(((((((

Wpis dodany: 21st Styczeń, 2012 | Kategoria: Bez kategorii | Tagi: |

Ogromnie smutno mi się zrobiło bo Pani Irena była zawsze.  W maju miała zaśpiewać z Michaelem Boltonem. Już nie zaśpiewa :(


XXI wiek tylko dla wybranych…

Wpis dodany: 13th Styczeń, 2012 | Kategoria: Bez kategorii |

Czekają nas ciekawe czasy. Zmiany, które przyniesie następne 20-30 lat nie będą jednak przebiegały po naszej „dzisiejszej” myśli i jeżeli uważamy, że będzie żyło się coraz lepiej, to możemy się bardzo oszukać. Mieszkańcy planety Ziemia nie potrafią jeszcze stawić czoła nowym wyzwaniom i dopóki nie będą potrafili, czeka nas trudny czas. Koło roku 2050 będziemy potrzebowali pięciu takich Ziemi, żeby sprostać wyzwaniom rozwoju. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy. W tej chwili sytuacja jest dość prosta. Są obszary naszej planety prze-industrializowane, gdzie ludzie posiadają mieszkania, domy, kuchnie gazowe, ogrzewanie, samochody, telewizory, zmywarki, samochody etc.  To Ameryka Północna, Europa, Australia i małe „wysepki” w Azjii i Afryce. Chiny i Indie , rezerwuary ludności, rozwijają się jednak w bardzo szybkim tempie. Kiedy tylko wyhamuje proces nakręcania koniunktury w tych krajach poprzez eksport, rynki wewnętrzne staną się motorem napędowym. Ludzie zaczną masowo kupować wszystko to, co dla nas jest normalne, a dla 90% Chińczyków i Hindusów, obrazkiem w telewizji. Przemysł produkujący w oparciu o nieomalże bezpłatną siłę roboczą przeniesie się do Afryki. Proces ten już się rozpoczął.  Po dwóch dziesięcioleciach także Afryka zacznie konsumować coraz więcej. Ten ogromny rozwój wymaga zwielokrotnionego zużycia surowców. Nie mówimy tu o wzroście o kilkadziesiąt procent, ale kilkaset procent. Tylu surowców nie znajdziemy na ziemi. Bajki o recyclingu na taką skalę też możemy wyrzucić z półki. Ceny surowców naturalnych zaczną gwałtownie rosnąć już za 10, 20 lat. Okaże się, że wszyscy mieszkańcy Ziemi będą mieli do nich bardzo ograniczony dostęp. Problem ten nie ominie obecnych enklaw tak zwanego dobrobytu, do których się zaliczamy, bez względy jaka jest nasza opinia o własnym dobrobycie. Globalnych rozwiązań nie widać. Nie potrafimy sobie poradzić z banalnym (przy nadchodzących), problemie światowych przepływów finansowych. Kapitał finansowy lata po świecie niczym stado szarańczy i szuka słabszych organizmów, rozstrajając całe kraje i grupy krajów. Najda się na „graniu na spadki i wzrosty” i kiedy wypompuje kapitał przenosi się w inny region. Politycy nie potrafią rozwiązać nawet tego problemu i trudno się spodziewać aby byli w stanie przeciwdziałać znacznie poważniejszym wyzwaniom.

Wydaje się absolutnie niezbędnym przestawienie formuły wzrostu całego globu na mniej industrializacyjną. My Ziemianie musimy zastanowić się jak na nowo zbudować nasz świat. Być może za kilkadziesiąt lat własny samochód, czy dziesiątki urządzeń w naszym domu, staną się luksusem na który stać nielicznych. To, co mamy być może jest szczytem możliwości na który nasze dzieci i my sami, gdy będziemy starsi, już pozwolić sobie nie będziemy mogli. Nie są to sabałowe bajania ale realia, którym należy spojrzeć prosto w oczy. Dziesięć miliardów ludzi w 2050 roku, to 5 miliardów samochodów, tyleż samo lodówek, ogrzewania lub klimatyzacji, 10 miliardów telewizorów, i dziesiątki miliardów małej  elektroniki, nie wspominając o pożywieniu. Chyba nawet największy optymista nie powie, że taki poziom rozwoju zniesie nasza planeta. Jeśli ktoś uważa, że pomoże ropa czy gaz ze złóż łupkowych, albo płynne żelazo z jadra planety, powinien zgłosić się do psychiatry. Jeżeli ktoś uważa, że taką industrializację zapewnią naturalne i odnawialne źródła energii , także jest naiwny. Tak szybko nic się nie „odnowi”.

Musimy zatem na nowo próbować definiować, co stanowi o jakości naszego życia i przestać pasjonować się kolejami szybkich prędkości i samolotami naddźwiękowymi. Nie będzie nas na to stać. Nie 10 miliardów ludzi.

Cały czas mam wrażenie, że ziemianie  uważają, że postęp technologiczny rozwiązuje nasze problemy. Każdy postęp przynosi nowe zagrożenia i w dalszym ciągu rachunek wychodzi  na plus. Gdy nie było kolei, nie było katastrof kolejowych. Kiedy nie było samolotów, nie było także wypadków lotniczych. Elektrownie konwencjonalne nie powodowały takich zagrożeń, jak atomowe. Pomimo tych zagrożeń, które zawsze towarzyszą rozwojowi, wychodzimy na plus. Korzyści są większe niż zagrożenia. Przy tym tempie rozwoju, z pewnością, w którymś momencie zaczną się równoważyć. Kiedy się to stanie? Nikt nie wie, czy za 20, 30, czy 50 lat. Przy tym modelu rozwoju z pewnością kiedyś przekroczymy granicę.

A może „lepiej” wcale nie oznacza, z większą ilością gratów i zabawek?  Polacy pracują w tej chwili bardzo ciężko. Widzę to na cod dzień. Zaczęliśmy wierzyć naiwnie, trochę za Leszkiem Balcerowiczem, że im ciężej będziemy pracowali, tym lepiej będziemy żyli. To bardzo prosta koncepcja, żeby nie użyć mocniejszych słów- prostacka, naiwna, niemądra. Tego typu wzrost przynosi satysfakcję a nie poczucie zadowolenia z życia. Nie są to tożsame pojęcia, jak powszechnie się wydaje. Założenie, że dobrobyt ekonomiczny przynosi zadowolenie z życia jest mylne i wie to każdy, kto już posiada piękny dom, dwa samochody, kilka plazm, ipady, ifony, etc. Żeby na nie zarobić niszczymy nasze związki, bierzemy ogromne kredyty, które burzą nasze poczucie bezpieczeństwa i wywołują uczucie zagrożenia. Na moich oczach rozpadają się rodziny i partnerzy zastanawiają się jak uniosą ciężar, który rozkładał się na dwoje. Przestawienie życia na nowe, dostosowane do realiów ekonomicznych tory, jest niezwykle trudne. O poziomie życia nie świadczy już udany związek, czas spędzany z dzieciakami, tylko  automat do latte, do którego musimy kupować drogie wkłady. Zapominamy, że latte to nic innego niż kawa z mlekiem.

Nad takimi definicjami w najbliższych kilkudziesięciu latach będą musieli  zastanawiać się mieszkańcy planeta Ziemia. Nie dlatego, że latte szczęścia nie daje ale dlatego, że nie będzie dostępna. Krowy  produkujące najwięcej CO2 nie dadzą aż tyle mleka, żeby 10 miliardów ludzi piło latte. Mam nadzieję, iż czytelnik rozumie, że latte to tylko symbol.

Idą trudne czasy i potrzeba nam wielkich umysłów. Na razie nikt ich nie słucha…


Wojska Radzieckie nie musiały wchodzić- już tu były!

Wpis dodany: 13th Grudzień, 2011 | Kategoria: Bez kategorii |

Cały czas słyszę przeróżne wypowiedzi na temat wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981. Wypowiadają się różni specjaliści, historycy, mędrcy. Zgodnie twierdzą, że ZSRR nie miało planów wkroczenia do Polski. Cholera, jak to źle jest pamiętać te czasy. A ja pamiętam. Pamiętam, że w odległości 3000 metrów od mojego domu na wielkiej żelaznej bramie przy ulicy Marsa widniała wielka czerwona gwiazda. Co było za tą gwiazdą? Baza wojsk Radzieckich. W Rembertowie rozładowywano pociągi z czołgami, transporterami, kałachami i tysiącami młodych chłopaków ubranych w mundury armii czerwonej. Nikt też zdaje się nie pamiętać, że w Moskwie rządził Leonid Brażniew, krwawy i bezwzględny władca kawała świata.

Mądrale mówią, że nie było planów i że Jaruzelski o tym wiedział. No pewnie z pewnością powiedziało mu o tym zaprzyjaźnione NATO. To dlatego wyłączył INTERNET, opustoszył sklepy TESCO i odciął wszystkie 70 kanałów telewizji kablowej i satelitarnej, nawet te HD. Zatrzymał kursowanie Metra, skasował „Voice of Poland” i „Taniec z gwiazdami”. Zostały tylko Wiadomości TVP.

Jaruzelski bronił władzy, to oczywiste. Był jednak przekonany, że inaczej sprowadzi na Polskę tragedię. Miał prawo do takiego przekonania bo przeżył masakrę na Węgrzech i Czechosłowacji. Ja Jego przekonania nie podzielałem i nie podzielam. Jest jednak dla mnie postacią tragiczną ze wszystkimi tego konsekwencjami. Żeby go potępiać musiałbym wejść w Jego skórę i być na Jego miejscu. Nie musiałem i za to dziękuję Bogu. Życzę mu zatem zdrowia, wybaczam i mam nadzieję, że ostatnie dni swojego życia spędzi w spokoju. Nie dlatego, że nie powinien być ukarany ale dlatego, że wychowano mnie w przekonaniu, że ludziom się wybacza, nie mści i nie poniża. Szanuję Go jako człowieka bo każdego człowieka szanuję. Czy to chrześcijańskie wybaczanie, czy buddyjskie współczucie nie wiem.

Łatwiej teraz atakować niż zrozumieć bo to daje popularność. Ja nie musze dbać o to, co o mnie ktoś pomyśli. Ważniejsze jest abym sam sobie mógł spojrzeć w twarz.


Właśnie wróciłem z Nowego Jorku

Wpis dodany: 10th Grudzień, 2011 | Kategoria: Bez kategorii |

Kilka godzin temu wróciłem z Nowego Jorku. Byłem tam po raz pierwszy w życiu. Niestety niewiele zobaczyłem a jeszcze mniej pamiętam. Przemiła starsza Pani powiedziała mi jak dojechać do Central Station  nowojorskim metrem. Do tego stopnia zaangażowała się w pomoc, że na przystanku autobusowym obydwoje zostawiliśmy swoje  niewielkie bagaże. Gdy wysiadłem z metra uderzyły mnie wielkie budynki. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Co najdziwniejsze, zupełnie niepodobne do tych, które znam z telewizji i kina. Niestety wracając z centrum, z wagonika metra wyskoczyła w biegu starsza pani.

Wtedy właśnie się obudziłem. Z satysfakcją odczytałem godzinę na zegarku. Była 09 40, czyli pospałem dłużej pierwszy raz od czterech tygodni. Zmęczenie w ostatnich dniach sięgnęło zenitu. Dla mnie tym momentem granicznym jest płytki i krótki sen. Budzę się o piątej a wczoraj o czwartej rano, czyli co najmniej dwie godziny wcześniej niż muszę wstać. Cienie pod oczami stały się potężne a wyczerpanie psychiczne nieznośne. Niestety większość firm wydaje budżety w ostatnich dwóch miesiącach roku i wtedy mogę pracować. Bardziej zręcznym byłoby powiedzenie, że muszę pracować, a politycznie poprawne, że chcę pracować. Prawda jest jednak banalna. Jeśli teraz nie zapracuję na miesiące, kiedy firmy znowu zapominają o szkoleniach, to nie będę miał z czego żyć. Zawód trenera przypomina zawód rolnika. Kiedy jest sezon, trzeba zbierać plony i nie ma innego wyjścia bo one nie poczekają na polu na wolny czas.

Całe szczęście, że w ciągu tych ostatnich tygodni na szkoleniach byli sami fajni ludzie. Super załogi z Aegon i Polkomtela, PZU i masa fajnych ludziaków na szkoleniach otwartych. Mam także szczęście do ludzi z którymi współpracuję. Tomasz, na którego zawsze mogę liczyć i nigdy nie zostawił mnie w trudnych chwilach. Magda, które pomimo choroby i zmęczenia zawsze pomoże a do tego jest super sympatyczna i niezwykle inteligentna. Renata, która radzi sobie z maluchami i wszystkimi kwestiami formalnymi a przy okazji bardzo ją lubię. Bardzo pomogła mi też  klinika MEDIQ. Do pracy doszły badania mojej mamy, przygotowujące do dwóch operacji. Podchodziłem do nich jak kot do jeża a okazało się, że warto jeździć do Legionowa do prywatnej kliniki bo ludzie przesympatyczni, nie ma problemu ze zmianą terminów, nie czeka się w kolejkach a za to wszystko płaci NFZ. Jeśli ktoś mi powie, że boi się prywatyzacji służby zdrowia, to od razu wyślę go do MEDIQ. Okazuje się, że na NFZ można nie tylko zarobić ale także pacjenta traktować jak pacjenta a nie intruza.

Na odpoczynek jeszcze nie czas. Jeszcze bardzo intensywne dwa tygodnie. Pewnie Grażynka Dobroń się na mnie obraziła bo nie zdecydowałem się na audycję, pewnie Ela nie wie dlaczego się nie odzywam ale mam nadzieję, że nadrobię. Teraz siedzimy z Tomkiem nad szkoleniem „Wywieranie wpływu” bo jakiś czas go nie robiliśmy i robi myje na nowo, lepiej i ciekawiej, żeby ludzie nauczyli się fajnych rzeczy. Piszemy raporty po Assesment Center bo musze być na wtorek. Marzę o tym, żeby znaleźć siły i czas na wtorkowy koncert Kory. Spotkaliśmy się niedawno i odnalazłem w Korze dawną pasję do muzyki. Rozmawialiśmy krótko, ale bardzo się cieszę, że mogłem Ją ucałować bo jest to dla mnie jedna z największych artystek i niezwykłych, inspirujących postaci. Doradziła mnie i Tomkowi, żebyśmy „zaindukowali” uczestnikom szkoleń jej płytę jako materiał do zmiany :-) . Na razie indukuję sobie podczas walki z komputerem ;-)


KORA “PING PONG”- Niski ukłon

Wpis dodany: 12th Listopad, 2011 | Kategoria: Bez kategorii | Tagi: |

Wykonawcy, którzy są od wielu lat obecni na rynku muzycznym, często odcinają kupony od dawnej popularności. Jeśli napisało się tyle fenomenalnych piosenek, co Kora i Marek Jackowski, to właściwie można eksploatować je do końca świata bo są to prawdziwe dzieła sztuki. Korze to nie wystarczyło i postanowiła zmierzyć się z własną legendą. Z lękiem włożyłem CD „Pin Pong” do mojego odtwarzacza bo kocham Korę za wszystko co zrobiła, za jej inteligencję, bezkompromisowość, za pyszną zupę jarzynową, za wiele chwil, które spędziłem w Jej towarzystwie. Byłem głupcem, że się bałem. Kora nagrała płytę, której nie można przestać słuchać. Zanim jeszcze wejdziemy w świat, który maluje słowem, uderza fenomenalna realizacja dźwięku. Zawsze zachwycały mnie produkcje Rafała Paczkowskiego i bardzo się cieszę, że Kora wybrała właśnie jego do pracy nad swoim projektem. Jest to moim zdaniem jedna z najlepiej zrealizowanych płyt obok „Się Ściemnia”. Realizacja dźwięku to także dziedzina sztuki.

Kora zabiera nas w świat obrazów, które maluje słowem. Obrazy są tak piękne i przepełnione barwami, że na kilkadziesiąt minut przenosimy się w świat na pograniczu nocy i dnia.

Płytę rozpoczyna energiczny Ping Pong z niezwykłym tekstem napisanym wspólnie z Józefem Kurylakiem ,świetny dynamiczny singlowy przebój z ostrymi brzmieniami szlachetnych gitar. Po nim nadchodzi przepiękna ballada „Strefa Ciszy” w którym rzeka „nie lubi”, a „las gubi”, w którym ziemia prowadzi dialog z poetką w „strefie ciszy, poza słowem”. Tuż za nią znajdziemy Kory przepis na szczęście, w takim życiu, „które czasami bywa znośne”. Przed oczyma wyobraźni staje miejsce „w którym pławią konie, na styku wody słodkiej i słonej” do którego chce się pójść razem z artystką. „Radiowa fala” płynie pięknie przez miasto i uszy i wciąga siłą marzeń, żeby dopłynąć do mocnej deklaracji „Nie jestem biała i nie jestem czarna”. Deklaracja ta to zdecydowanie bardzo mocny i przebojowy akcent na tej jakże spójnej i dynamicznej płycie. Znakomita piosenka z kapitalnymi gitarami i pięknym tłem zbudowanym przez klawisze, przypominająca klimatem wielkie przeboje Maanamu. Kora świadomie nawiązuje do swoich wcześniejszych dokonań ale płyta z pewnością nie jest kopią dokonań zespołu bo pachnie świeżością znakomitych muzyków i brzmień. Nie ma na niej słabszych utworów, czy chwili nudy. Muzycy bawią się aranżacjami, choćby tak jak w „Czarnej żmii”, a Kora bawi się słowem i ludźmi „na pograniczu snu i jawy”. Płyta naprawdę jest „Jak narkotyk”, utwór z numerem dziewięć, jeden z moich ulubionych, choć właściwie to przy każdym przesłuchaniu te ulubione się zmieniają i za chwilę może być to piosenka kończąca płytę „Jedno słowo wszystko zmienia”. Album ostry, dynamiczny i znakomicie słucha się go w całości bez ani jednej minuty nudy. Muzyka rockowa w najlepszym stylu, inteligentna, smaczna i z wielką klasą. Kora udowadnia tą płytą, że wybornie radzi sobie bez kompozycji Marka Jackowskiego i chociaż duet był to genialny, to artystka ma tyle do powiedzenia samodzielnie, że starczy to na nagranie tak znakomitej płyty. Dziękuję za tę muzykę Korze, autorom muzyki i artystom, którzy stworzyli tak znakomite dzieło na rynku, który zalewa papka muzyczna. Niski ukłon!


Nie pójdę na wybory i kupkę zostawię dla NICH.

Wpis dodany: 14th Wrzesień, 2011 | Kategoria: Bez kategorii | Tagi: |

Większość z nas z nas posiada ograniczone środki finansowe i ma swoje ulubione potrawy. Dobrze, kiedy są to pierogi bo można je samemu ulepić i wychodzi niedrogo. Gorzej, jeśli obywatel o przeciętnych dochodach uwielbia krewetki tygrysie, łososia z grilla, trufle albo kawior z bieługi. Ja uwielbiam kawior z bieługi ale nie specjalnie mnie na niego stać. Dokonuję zatem wyboru pomiędzy potrawami, które smakują mi mniej i wybieram te mniej smaczne, ale nie fast foody, które zniszczą mi zdrowie lub olszówki marynowane, które trują. Nie mam tego, co bardzo lubię, wybieram to, co dostępne, tak ze zdrowego rozsądku. Lubię kupować karmę dla siebie bo kiedy kogoś poproszę o zakup parówek to kupi mi takie z soją i skrobią, z ośmioma procentami skórek wieprzowych. W „winnickim” kupię takie z mięsa bo znam sklep winnicki i wiem, że prawdopodobieństwo, że będzie w parówach jakiś syf jest znikome. Nie mówię- „nie mam kawioru, to nic nie będę jadł”.

Coraz częściej słyszę od wygadańców i mądralów, że “nie ma na kogo głosować” w najbliższych wyborach. Ja też nie mam odpowiednika szwedzkich partii politycznych, które potrafią aktywizować gospodarkę, dbać o inwalidów, ludzi starszych, chronić dzieci i wpływać na bezrobocie nie poprzez zasiłki ale aktywną politykę społeczną. Nie mam w Polsce partii socjal-liberalnej. Kiedy słucham Gowina opadają mi ręce, kiedy patrzę na Macierewicza uginają mi się nogi. Kiedy widzę uśmiech Napieralskiego lekko mnie mdli. Kiedy patrzę na Jakubiak a nieważne. Został jeszcze ekscentryczny Palikot, który wywołuje we mnie uczucie ambiwalencji, Marek Jurek, którego poglądy szanuję ale zupełnie się z nimi nie zgadzam. Czyli nie mam swojego kawioru z bieługi.

Najlepiej w takim razie nie iść na wybory. No cóż, tak postępują zawsze Ci, którzy potem najwięcej narzekają. Jesteśmy narodem narzekaczy. Kiedy ludzie wracali z meczu w Gdańsku narzekali, że nie mogli wyjechać autem z parkingu. Koszmar! Tyle, że żaden Niemiec czy Anglik nie pojedzie autem na mecz, czy na koncert bo wie, że będzie wracał trzy godziny. Polak uważa, że jest fatalnie. Wczoraj wracałem SKM’ką ze szkolenia. Śliczna, nowiutka, tyły oparć szaro-białe. Obok mnie siedział Polak- patriota. Dobrze ubrany, niezły garnitur, drogie buciki, w reku patriotyczna gazeta. Zelówkami tych drogich bucików szorował po nowiutkich tyłach oparć siedzeń. Było na nich już parę zamazów od jego drogich patriotycznych bucików. Za chwilę ten sam patriota powie, że żyjemy w brudzie. Oczywiście zwróciłem mu uwagę i nawet grzecznie opuścił butki na podłogę. Jesteśmy powszechnie niezadowoleni z tego, co sami zepsujemy, zniszczymy. Ja też jestem niezadowolony bo podróżuję pociągami i jak idiota biegam od peronu do peronu we Wrocławiu. Przeciskam się wąskim korytarzykiem w Poznaniu, oglądam rozwalony Wschodni, na którym trudno znaleźć toaletę. No właśnie, toalety. Są brudne, zwłaszcza te, w pociągach. Sam palę fajki w kibelkach i często tam zaglądam. Za każdym razem nowa niespodzianka. Kupka po poprzedniku, obsikana deska, siuśki na podłodze, papier toaletowy obok muszli, wszystko upaprane. W ciągu czterech godzin podróży przemarsz brudasów, którzy uważają, że ktoś powinien za nich sprzątnąć. Ja też robię źle, ale dym wietrzę a peta spuszczam w muszli.

Ktoś powinien po nas sprzątnąć, czyścić toalety, myć oparcia, zbierać pety, a my sobie ponarzekamy jak jest fatalnie. Łatwiej jest nie wziąć odpowiedzialności za swoje działania a potem stękać. No cóż, potrafimy wywalczyć wolność, ale potem wybieramy wolność od zdrowego rozsądku. Najlepiej jest nic nie robić, nie wybierać, nie decydować a potem ponarzekać i czuć się kimś lepszym bo nie przyłożyło się do czegoś ręki. Może dlatego nie spuszczamy kupki w toalecie pociągu, żeby nie przyłożyć do niej ręki bo kiedy byśmy ją spuścili być może nie spłukała by się solidnie. Lepiej zatem zostawić kupkę i udawać, że to nie ja, że to ONI to zrobili.


Minął Rok…

Wpis dodany: 10th Wrzesień, 2011 | Kategoria: Bez kategorii |

Dzisiaj mija rok, kiedy zobaczyłem zwiniętego z bólu Tomka na korytarzu biurowca Focus, kiedy wyszedłem na przerwę w szkoleniu. Wiedziałem, że stało się coś potwornego bo dzień wcześniej pogotowie zabrało Jego Mamę do szpitala. Miła zaledwie pięćdziesiąt sześć lat i powinna żyć! Nie jestem w stanie opisać i odczuć tego, co przezywał Tomek. Nawet nie będę próbował. Pamiętam tylko ten potworny ból, który poczułem i Tomka, jakby w amoku, który postanowił doprowadzić szkolenie do końca. Ja siedziałem i piłem wodę. Wypiłem chyba kilka litrów bo stało kilkanaście pustych butelek. To był jeden z najpotworniejszych dni w moim życiu ale dla Tomka ten jedyny, kiedy traci się matkę.

Dziś mija rok, ciężki rok. Konfrontacja z bólem bliskiej osoby jest trudna. Tomek trzymał się tak dzielnie, że jestem pełen podziwu. Starał się nie “obarczać” swoich bliskich ale wszyscy wiedzieliśmy jak cierpi i cierpieliśmy z nim. To cierpienie nigdy się nie kończy tylko mniej boli z upływem czasu.

Po tym roku jedno wiem na pewno. Swoje cierpienie znoszę łatwiej, niż cierpienie moich bliskich.

Kochana BONDA- pamiętam i mam Ciebie w sercu !


Wysoka cool-tura jenzykowa

Wpis dodany: 15th Sierpień, 2011 | Kategoria: Bez kategorii |

Kiedy słyszę albo czytam, że szkolenie jest dedykowane komuś albo czemuś to wywołuje to we mnie najpierw zdziwienie a potem śmiech. Słowo dedykować w języku polskim znaczy tyle, ile podpowiada słownik PWN:  ”dedykować «poświęcić komuś utwór literacki, muzyczny lub dzieło sztuki, umieszczając w nim lub na nim dedykację»” . Fajne, że szkolenie się dedykuje, tylko nieco błazeńskie. Oczywiście wiem skąd biorą się owe dedykacje. Z angielskiego słowa dedicated. W języku lengłicz ma ono jednak nieco inne znaczenie. Jak to durnie brzmi- szkolenie skierowane do… Piękniej jest dedykowane.

Równie fajnie brzmi najnowsze osiągnięcie “polonistów” czyli słowo predykcja. Jest ono co prawda w słowniku, ale tylko  czekam jak prognoza pogody zostanie zastąpiona predykcją pogody. Skoro przyzwyczailiśmy się do apdejtów, stafów, mitingów, to przyzwyczaimy się i do predykcji.

Najśmieszniejsze jest to, że nowi ticzerowie wprowadzający te zmiany zwykle mówią’ ” ludzie, co przyszli” i akcentują na drugą spółgłoskę czasownika zamiast na ostatnią. To także jest jakby cool. Ja sam popełniam całą maskę błędów językowych i jeszcze niedawno mówiłem “po najmniejszej linii oporu” zamiast ” po linii najmniejszego oporu”. Błagam jednak wszystkich o zwracanie mi uwagi bo tylko wtedy nauczę  się mówić poprawnie.

Może skoro nie mówimy poprawnie po polsku to nie wygłupiajmy się z “implementacją” nowych wyrazów bo to raczej wyoha niż kul.

P.S. wracam do moich ulubionych zajęć czyli naprawy rufu, wypompowywania wody ze słimingpula w piwnicy, predykcji szkoleń i dedykowania ich partycypantom. To wszystko jest bardzo dżezzy.


Ami Winehouse 1983-2011

Wpis dodany: 23rd Lipiec, 2011 | Kategoria: Bez kategorii | Tagi: |


Krzysztof “Diablo” Włodarczyk – próba samobójcza!

Wpis dodany: 22nd Lipiec, 2011 | Kategoria: Bez kategorii | Tagi: |

To prawdziwy wstrząs. Na pozór jesteśmy tak silni, a w środku tacy wrażliwi. Mam nadzieję, że będzie wszytko dobrze. Panie Krzysztofie niech Pan z tego wyjdzie i zdrowieje. Nie po to by walczyć na ringu ale po to by walczyć o swoje szczęście. Zdrowia i Szczęścia Panie Krzysztofie!

Kiedy przechodził Pan koło mnie na lotnisku zazdrościłem Panu sprawności fizycznej, która od Pana biła na odległość. Teraz trzymam kciuki żeby psychika wytrzymała!